Już
kiedyś wspominałam, że uwielbiam peelingi „zdzieraki”. Mój
ulubiony to taki, robiony własnoręcznie – z mielonej kawy i
najczęściej oleju kokosowego. Uważam, że taka kombinacja
najskuteczniej pozbawia martwego naskórka, a przy tym wygładza
ciało. Żaden gotowy (drogeryjny) kosmetyk nie zrobił na mnie, aż
tak dużego wrażenia, żebym kiedykolwiek wspomniała o nim na blogu
lub instagramie. Dzisiaj opowiem trochę o moim odkryciu i
pozytywnym zaskoczeniu, jakie wywołała ta niepozorna pasta do
ciała.
Skład
Sodium
Chloride, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Butyrospermum Parkii Butter,
Rosa Damascena Flower Water, Citrid Acid, Sodium Benzoate, Pottasium
Sorbate, Cocamidopropyl Betaine, Aqua, Parfum, Limonene, Linalool,
Geraniol, Cl 77742.
Sodium
Chloride (chlorek sodu) – służy tu jako drobinki peelingujące.
Gliceryna
– działa nawilżająco i łągodząco, ponadto wpływa korzystnie
na konsystecje kosmetyków.
Butyrospermum
Parkii Butter (masło shea) – zmiękcza, nawilża i odżywia skórę.
Rosa
Damascena Flower Water (hydrolat z róży damasceńskiej) –
poprawia koloryt skóry, ma działanie kojące i łagodzące.
Idealny dla skóry suchej, wrażliwej.
Produkt
Opakowanie
to zwykły plastikowy słoik. Jestem przyzwyczajona do odkręcanych
zakrętek w tego typu produktach, więc takie wieczko było dla
mnie nowością. Nie ma problemu z otwieraniem lub zamykaniem, nawet
mokrą dłonią. Peeling jak sama nazwa wskazuje ma konsystencje
pasty, skład jest w 99,54% naturalny i pachnie baaardzo ładnie, ale
o tym za chwilę :) Na zużycie pasty mamy 12 miesięcy, a jego ilość
to 250ml.
Działanie
Peeling
kupiłam pod wpływem impulsu. Zobaczyłam w miarę naturalny skład,
ekstrat z róży, a więc i zapach będzie różany, do
tego sól, która mocno złuszczy naskórek -
pomyślałam, że to musi być to! Wyobraźcie sobie moje pierwsze
wrażenie i rozczarowanie, kiedy peeling okazał się totalnym
przeciwieństwem wszystkich moich oczekiwań. Niechętnie dałam mu
jednak szansę i nie pożałowałam :) Pierwszą rzeczą, która
mnie zachwyciła to zapach, który kojarzy mi się z
kosmetykami używanymi w gabinetach SPA. W żadnym stopniu nie
przypomina róży, za to jest świeży, cytrusowy, odrobinę
jakby orientalny. Konsystencja gęsta, jak to peeling, pozwala na
łatwe i przyjemne rozprowadzenie kosmetyku. Drobinki soli nie są
duże, ale wystarczające, aby wykonać porządny masaż. Po chwili
wcierania kryształki te pod wpływem wody rozpuszczają się, a
peeling zamienia się w białą pianę. Zakwalifikowałabym tą pastę
do ciała jako średni peeling i nie przypuszczałam, że aż tak
ją polubię. Skóra po jej użyciu jest bardzo gładka i
miękka, a zapach potrafi mnie bardzo zrelaksować.
Jeśli
szukacie czegoś taniego, o dobrym składzie, co umili pielęgnację
ciała, to Pasta do ciała Organic Shop jest strzałem w dziesiątkę.
Chętnie poczytam o waszej pielęgnacji i sposobach na gładką skórę
:)


Miałam od nich peeling o zapachu wodorostów i bodajże soli morskiej i zapachowo mi nie podszedł, ale działanie całkiem fajne :) Na pewno wypróbuję jeszcze inne wersje, najchętniej te owocowe np. papaje ;)
OdpowiedzUsuńHmmm, zapach wodorostów chyba też by mi nie podszedł :D Ja chętnie sprawdziłabym wersję mango lub z kawą.
Usuńtej wersji zapachowej scrubu organic shop jeszcze nie miałam, ale wszystkie pozostałe już chyba tak:D bardzo je lubię
OdpowiedzUsuńDobrze wiedzieć, że inne wersje też się sprawdzają :)
UsuńO tej wersji chyba wcześniej nie słyszałam :)
OdpowiedzUsuńPrzydałoby się trochę kolorów w pielęgnacji ;)
OdpowiedzUsuńja mam peeling z pestek malin i jest równie cudowny:D
OdpowiedzUsuńJakiej firmy? Z gotowych peelingów widziałam taki z marki Vianek ;)
UsuńLubię takie nuty zapachowe, szczególnie, że są świeze :D
OdpowiedzUsuńJa także :D
Usuń